Przewodnik Trans Piemont
19.09.24 09:02 5802024-09-19T09:02:00+02:00Text: Markus Emprechtinger (Przetłumaczone przez SI)Zdjęcia: Markus EmprechtingerO równowadze między przygodą a bezpieczeństwem, między przepływem a stresem oraz o tym, ile singletracków wystarczy podczas wielodniowej wycieczki MTB. Podróż przez włoski region graniczny alpejsko-morski z perspektywy przewodnika.19.09.24 09:02 5832024-09-19T09:02:00+02:00Przewodnik Trans Piemont
19.09.24 09:02 5832024-09-19T09:02:00+02:00 Markus Emprechtinger (Przetłumaczone przez SI) Markus EmprechtingerO równowadze między przygodą a bezpieczeństwem, między przepływem a stresem oraz o tym, ile singletracków wystarczy podczas wielodniowej wycieczki MTB. Podróż przez włoski region graniczny alpejsko-morski z perspektywy przewodnika.19.09.24 09:02 5832024-09-19T09:02:00+02:00Uwaga redakcji: Tekst i zdjęcia do tej historii zostały nam udostępnione przez flatsucks.at i można je w pewien sposób uznać za kontynuację naszej opowieści o Bikeguides Austria - tym bardziej, że autor Markus Emprechtinger jako dyrektor zarządzający Flatsucks i deweloper projektu Bikeguide Austria jest tam wiodącą postacią.
Oferta wycieczek pojawi się ponownie w programie Flatsucks w 2025 roku: od 22 do 29 czerwca lub od 7 do 14 września. Trasa prowadzi z certyfikowanym przewodnikiem i codziennym wsparciem transportowym od Queyras do Liguryjskiego Wybrzeża. Wymagana jest solidna umiejętność jazdy w zakresie S2, kondycja na do 1.800 m przewyższenia w terenie oraz doświadczenie w radzeniu sobie z odcinkami do noszenia i pchania roweru. W cenie 1.950 € jest również 7 noclegów ze śniadaniem, 7 kolacji, transport do/z Innsbrucka oraz transport bagażu.
Jeśli wolisz inne miejsce: Tutaj znajdziesz inne wycieczki enduro Flatsucks.
Siedem do ośmiu godzin jazdy z Innsbrucka to już nie lada wyczyn; ale jest tam to jedno miejsce, zakręt na drodze powyżej Briançon, które po długiej jeździe samochodem po raz pierwszy odsłania widok na imponujący krajobraz Alp Południowych. Od tego momentu za każdym razem jest jasne, że było warto.
Pół godziny później, gdy w wieczornym świetle jedzie się na Col d'Izoard, wszystkie trudy podróży zostają zapomniane. Pierwszy etap rozpoczyna się na przełęczy tego znanego testu tour w strefie granicznej między Francją a Włochami, a oczekiwanie na kolejne dni wznosi się na niewyobrażalny poziom przy spojrzeniu w zachodzące słońce.
Jako przewodnik wiesz już dość dokładnie, co nadchodzi. Mimo to, uczucie przed rozpoczęciem takiej wycieczki zawsze jest czymś wyjątkowym. Wielką niewiadomą jest zazwyczaj grupa. Jaki jest jej poziom, jaka jest kondycja jej członków i jakie dynamiki się rozwiną w ciągu tygodnia?
Oczywiście istnieje kilka śrub regulacyjnych, aby to wpłynąć. Jednak ta właśnie wycieczka, która zaczyna się trzema porządnie wypełniającymi dzień etapami, pozostawia tu niewiele miejsca.
Niektórzy goście dotrą do swoich osobistych granic. W profesjonalnym przewodnictwie chodzi o to, by je dotknąć, ale w żadnym wypadku nie przekraczać ich bez hamulców. Limit jest jak bańka mydlana, która z odrobiną wyczucia staje się coraz większa; jednak jeśli raz dmuchniesz za mocno, urlopowy sen pęka nagle.
Limit jest jak bańka mydlana, która staje się coraz większa z odrobiną wyczucia; jednak gdy dmuchniesz zbyt mocno, marzenie o urlopie nagle pęka
Przewodnik MTB Markus Emprechtinger o trudności polegającej na tym, aby prowadzić gości na ich granice, ale nie poza niePróba granic na początek
Ale teraz do trasy: Etap 1 prowadzi przez Park Naturalny Queyras, położony na terytorium francuskim. Już tutaj można spędzić tygodnie na singletrailach. Jednak chcemy dotrzeć do Morza Śródziemnego w sześć dni, dlatego wybieramy tylko kilka najważniejszych atrakcji.
Do przerwy obiadowej poruszamy się prawie wyłącznie po singletrailach, zarówno pod górę, jak i w dół. Po przerwie obiadowej nic się nie zmienia. Tylko na ostatnich kilku kilometrach rezygnujemy z trasy CC i spokojnie toczymy się przez średniowieczną kamienną wioskę Chianale, już na terytorium Włoch, do miejsca zakwaterowania.
Brzmi to może prosto, ale to mylące. Już pierwszy dzień ma w sobie coś szczególnego. Podjazdy nie są długie, ale ostre i strome, i polecam nawet najsprawniejszym rowerzystom, aby czasem prowadzili rower. Dlaczego? Bo jako przewodnik zawsze trzeba mieć na uwadze, co jeszcze nas czeka i wiedzieć, że zbyt wiele wysokich pików tętna w drugiej połowie tygodnia na pewno się zemści.
Chęć posiadania roweru elektrycznego pojawia się co jakiś czas, ponieważ Queyras oferuje uphill-flow najwyższej klasy. Jednak równie szybko znika w obliczu popołudniowego programu. Od Col d'Agnel, granicy z Włochami, zaczyna się noszenie roweru.
Tutaj cechy charakterystyczne przejazdów enduro stają się naprawdę widoczne: pod górę jest ciężko, bo tam, gdzie łatwo byłoby pedałować, siedzimy w shuttle. Ale tak, jesteśmy tu dla zjazdów, a nie podjazdów.
Jednak noszenie roweru nie jest na próżno, co potwierdza się od razu w ostatnim zjeździe dnia do Valle Varaita: nieskończenie długi, techniczny, pełen panoram, urozmaicony i absolutnie genialny. Uwielbiam tę trasę. Za każdym razem.
Dzień 2 zazwyczaj stanowi największe wyzwanie tygodnia. Szlaki są co prawda równie dobre jak pierwszego dnia, ale całkowity wysiłek jest trudny.
To najdłuższy dzień tygodnia i jednocześnie najbardziej alpejski, a prowadzenie grupy to balansowanie między wymaganiem a przeciążeniem. Wczesne wstawanie i efektywne prowadzenie są obowiązkowe, aby nie utknąć wieczorem w ciemnościach na szlaku. Efektywne oznacza: żadnego niepotrzebnego stania; przerwy, gdy są potrzebne i sensowne, fotostopy tylko w dobrych miejscach, utrzymywanie grupy w ruchu, każdy we własnym tempie, ale nikt sam. Styl prowadzenia musi pasować do każdego odcinka, a komunikaty powinny być krótkie i jasne.
Kto tutaj źle oceni lub się zagubi, będzie musiał odwołać drugą połowę dnia.
Etap rozpoczyna się krótkim przewozem do końca doliny do schroniska Refugio Meleze, po którym następuje naprawdę długi podjazd z podwójnym szczytem, co oznacza: gdy już jesteś na górze, najpierw schodzisz, ale potem znów wchodzisz, aby dotrzeć do właściwej przełęczy. Jedyną rzeczą, którą teraz masz z przewozu, jest „Rocket Man” Eltona Johna jako utwór w głowie: „It’s gonna be a long, long time…”.
W ten sposób zdobywasz tutaj metr po metrze wzniesienia w imponującej i samotnej scenerii. Najpierw pedałując, potem pchając, a na końcu znów niosąc. Tempo grupy musi być odpowiednio dobrane; nie szybko, ale stałe, w przeciwnym razie wszyscy są gdzieś i traci się orientację.
Za każdym razem podczas tego podjazdu spoglądam w lewo na rzekomą skrót. Na mapie logiczna droga, w rzeczywistości droga przez mękę. Dokładnie pamiętam jedną wyprawę eksploracyjną. To była mglista, mistyczna przełęcz, która bezpośrednio wprowadziła nas w obszar osuwiska. Droga była tutaj ledwo widoczna, a bloki wielkości lodówek były wszystkim, tylko nie stałe – klasyczny przykład „Znam skrót”…
Na górze, widok sięga od Mon Viso na północy aż po morze na południu – gdyby nie te góry pomiędzy i oczywiście krzywizna ziemi... Ale tak, nawet bez morza, dalszy przebieg kolejnych dni tutaj jest łatwo wyobrażalny.
Znowu następuje nieskończona jazda szlakiem, wiecznie wzdłuż zbocza. Kilkakrotnie myśli się tutaj, że już dawno powinno się być na dole – tylko po to, aby uświadomić sobie, że od właśnie osiągniętej przełęczy jest jeszcze 1000 metrów w dół.
Godzina mówi tutaj: wczesne popołudnie. Pojawia się głód, a głód podczas przewodnictwa jest niebezpieczny. W końcu nie jest się jedynym, kto potrzebuje coś zjeść.
Znowu muszę sobie przypomnieć o jednej z wypraw badawczych: kto tutaj wybierze zły szlak, znajdzie się w zaroślach – i nie mam na myśli tych jadalnych.
Gęstość turystów i wędrowców w tym regionie jest znacznie mniejsza niż w Tyrolu, więc ścieżki często zarastają – i to tak, że jazda staje się niemożliwa. Jak to jest przepychać się głodnym przez krzaki na dobrych 500 metrach w dół, każdy może sobie teraz wyobrazić.
Dlatego lepiej wybrać właściwy szlak: enduro w najlepszym wydaniu, szybkie i z dobrymi zakrętami od góry do dołu, przyczepne podłoże i korzenie – po prostu idealne 1000 metrów w dół aż do późnego obiadu, który już jest przygotowany przy shuttle.
Wyzwaniowa część dnia jest za nami, teraz czas na relaks w shuttle.
Jako przewodnik wiem, że nie ma czasu do stracenia; jako fotograf chcę wykorzystać złote światło wieczoru.
Konflikt interesów EmprechtingeraWysiadka na Col di Sampeyre odbywa się przy nisko stojącym słońcu, które zanurza wszystko w złotym świetle. Jako przewodnik wiem, że nie ma czasu na ociąganie się; jako fotograf chcę jednak wykorzystać właśnie to światło.
Jeśli grupa jest wytrzymała, robimy to również i poświęcamy trochę więcej czasu w górnej części. Atmosfera jest genialna, wyśmienita przejażdżka o zachodzie słońca, a czasowo wszystko się idealnie układa.
Gdyby nie te usterki... profesjonalna wymiana dętki na wysokiej prędkości zaczyna się od głębokiego tatuażu tarczy hamulcowej na przedramieniu (kocham swoją pracę!) i kończy 300 metrów niżej z kolejnym gwoździem w tej samej oponie. Jak idzie, to idzie.
No cóż, nieważne, usterka możliwa do naprawienia. Jednak wszystkie rezerwy czasowe zostały wyczerpane. Nasz transport osiągamy o zmierzchu, a hotel w całkowitej ciemności.
Żaden podjazd nie jest daremny
Od dnia 3 również autobus wahadłowy i kierowca są naprawdę wystawiani na próbę. Colle Fauniera jest dość wymagający dla naszego autobusu z przyczepą: częściowo stromy i usiany dziurami, a także na długich odcinkach wąski i bez możliwości ominięcia przeszkód. Pragnienie posiadania bardziej terenowego autobusu staje się tutaj za każdym razem duże, zanim w następnych dniach stanie się jeszcze większe.
Stan dróg dobrze odzwierciedla ogólną gęstość zaludnienia regionu. Zwłaszcza poza głównymi okresami wakacyjnymi, w tych okolicach fraza 'łagodna turystyka' jest nadal przesadą. Jako przewodnik jesteś tutaj mile widziany, w końcu przyprowadzamy gości do kwater i lokali, i dbamy o to, aby okolica pozostawiła trwałe, pozytywne wrażenie. Nierzadko uczestnicy naszej Trans Piemont w kolejnych latach odwiedzają Valle Maira lub Valle Varaita z rodzinami, ponieważ wciąż jest tu wiele do odkrycia.
Gdybym mógł sobie zażyczyć rower elektryczny na jeden dzień podczas tej wycieczki, to byłby to dzień 3: 100% podjazd po szlaku singletrack, z rowerem elektrycznym przejezdny w 99%, z rowerem tradycyjnym może w 50%, chyba że ktoś chce się całkowicie zniszczyć, co jednak na dzień 3 byłoby trochę za wcześnie.
Zarówno na papierze, jak i w rzeczywistości ten dzień, rozpatrywany osobno, nie jest taki dziki. Jednak przez długi poprzedni dzień w grupie coraz bardziej odczuwalny jest spadek siły.
Przedpołudnie z Panorama CC Trail, odcinkiem do pchania i szlakiem przez 5-gwiazdkowy wąwóz jeszcze jest super. Jednak podczas kolejnego podjazdu łatwo można się wyczerpać. Pod żadnym pozorem nie powinno się tutaj uciekać do przodu. Bo kto zbyt dużo energii zużyje, nie będzie mógł wziąć udziału w ostatnim podjeździe na szczyt, będzie musiał wybrać zjazd żwirowy i straci przez to niesamowity szlak w drodze do celu etapu w Vinadio.
W spokoju tkwi siła, podział to wszystko, a jak przy każdej z moich wycieczek obowiązuje: Żaden podjazd nie jest na darmo. Gdyby naprawdę się nie opłacało, nie wchodziłbym drugi raz. Tym bardziej z grupą, bo tutaj trzeba dobrze przemyśleć komunikaty; motywacja i demotywacja często leżą blisko siebie. A za wybór trasy oczywiście odpowiedzialny jest przewodnik.
Nawet w tym regionie fraza 'łagodny turystyka' jest przesadą
Niewiele się dzieje w Dolinach OksytańskichVinadio w Valle Stura jest znane z niezliczonych genialnych, zbudowanych przez miejscowych singletracków.
Poza tym koniecznie trzeba odwiedzić wiejską pizzerię: najlepsza pizza na trasie, i to w cenach, o jakich w Innsbrucku można było tylko pomarzyć nawet przed czasami koronawirusa.
Patrząc na to pojedynczo, najtrudniejsze kondycyjnie dni są już za nami, a charakter trasy wyraźnie się zmienia. Nie ma już znaczących odcinków do pchania roweru, a na porządku dziennym są znacznie częstsze, choć nieco krótsze przejazdy shuttle.
Opuszczamy teraz wysokie góry Valli Occitane i przekraczamy czwartego dnia Liguryjski Grzbiet Graniczny. Budowa starej drogi wojskowej na granicy włosko-francuskiej, otoczonej licznymi fortami, sięga roku 1880. Droga kilkakrotnie przekracza granicę państwową, co wynika z faktu, że przed 1947 roku przebieg granicy był częściowo inny.
Dla naszego autobusu tutaj zaczyna się prawdziwa przygoda offroad. Czasami zastanawiam się, jak mój Transit czuje się wśród wszystkich tych G-Klas, Land Roverów i Land Cruiserów. Zbiera wystarczająco dużo sceptycznych spojrzeń. Zwłaszcza, gdy zarówno przełęcz, jak i tunel na Col de Tende są zamknięte. Wtedy jest jeszcze dodatkowa przygoda na Liguryjskim Grzbiecie Granicznym.
A kiedy uczestnik nie ma już klocków hamulcowych i nie ma przy sobie odpowiednich, wieczorem w hotelu można posłuchać historii o tym, jak dużo bardziej ekstremalna była jazda samochodem niż jazda na rowerze i jak fajny, pomocny i miły był Francuz w garażowym sklepie rowerowym.
Na liguryjskim grzbiecie granicznym
Jeśli chodzi o rower, po wielu dniach eksploracji w Val Roya mogę zagwarantować jedno: żaden enduro-biker na świecie nie chciałby przegapić kombinacji szlaków, które prowadzą nas do Tende. Widoki są co prawda tylko na samym szczycie. Ale to, co dzieje się potem w lesie, wykracza poza wszelkie oczekiwania. Flow jest na nowo definiowany, a przyjemność z jazdy wynajdywana na nowo. 1.200 metrów szlaku w dół, z czego środkowe 600 to z pewnością jedne z najlepszych, jakie kiedykolwiek przejechaliście.
Francuscy budowniczy szlaków powinni koniecznie spędzić kilka semestrów za granicą w Tyrolu. Niesamowite, co można zbudować ręcznie, gdy nie ma przeszkód prawnych i gdy lokalna społeczność wyścigowa jest akceptowana, tolerowana, a czasem nawet wspierana. Val Roya musi znaleźć się na liście miejsc do odwiedzenia!
W piątym dniu najpierw jedziemy autobusem z powrotem na Liguryjską Drogę Graniczną, a stamtąd kontynuujemy królewski etap wycieczki po Ligurii - na Monte Torraggio.
Następnie pojawia się taki moment, w którym trzeba dobrze wczuć się w grupę, aby zbadać, co jeszcze jest możliwe. Błędy w prowadzeniu zdarzają się tutaj szybko; region Molini oferuje wiele opłacalnych wariantów transportu. Jednak wybierając złe szlaki, ponieważ dajemy się skusić na zbyt wiele, wakacyjny sen szybko kończy się przytłoczeniem - i to już przed finałem ostatniego dnia.
Koniec w zasięgu
Patrząc tylko na profil wysokościowy i mając świadomość bliskości morza, można by pomyśleć, że dzień 6 to tylko półdniowa wycieczka, jeśli w ogóle...
Jednak pozory mylą. Ten dzień także trzeba jeszcze przejechać, a finałowe zjazdy są jeszcze raz naprawdę fizyczne. Enduro entuzjaści cieszą się z stromych odcinków z catchberms, allmountain-cykliści mogą się jeszcze raz wyszaleć na odcinkach cross-country, a także miłośnicy trudnych zakrętów będą mieli okazję się wykazać na odcinku z ostrymi zakrętami.
Wielki finał do Bordighera nad morze to flowtrail klasy specjalnej z wykończeniem slickrock.
To, że ten odcinek można przejechać naprawdę szybko i nie potrzeba do tego wyścigu, pokazała moja ostatnia wycieczka. Po dotarciu na wejście otworzył się znany widok na morze. Tylko tym razem był zupełnie inny. Patrzyliśmy na czarną ścianę. Po 5,5 dniach promiennego słońca wszyscy wiedzieli dokładnie, że teraz czas ucieka.
Guiding oznacza podejmowanie decyzji, a czasem trzeba je podejmować szybko. Zwłaszcza, gdy wcześniej oczywiście zmarnowano zbyt dużo czasu. Ucieczka naprzód była jedynym wyborem, tak daleko w dół, jak to możliwe, zanim się naprawdę zacznie.
Wyścig z siłą natury, którego właściwie nie można wygrać. Radar wyraźnie pokazywał tor burzy, i wiedziałem dokładnie, że jeśli za pół godziny nie będziemy na dole, będziemy musieli szukać schronienia.
Przerwy na szlaku zostały skreślone, grupa jechała pewnie – bez awarii, bez upadków, bez oznak zmęczenia. I tak dotarliśmy dokładnie w momencie, gdy deszcz zaczął padać na plażę. Szczęśliwi i zachwyceni ostatnim zjazdem, całą wycieczką i timingiem staliśmy pod dziko-romantycznym przejściem nad morzem.
Spodziewaj się niespodziewanego
Podstawowe podejście do kilkudniowej wycieczki MTB - zarówno dla gości, jak i przewodników!Przetrwanie tygodnia przewodnictwa o kalibrze Trans-Piemont jest jak ukończenie dużego projektu. Choć trasa jest genialna, równie ważne jest, aby wszystko przebiegało gładko. Jest mało miejsca na złe decyzje i wiele czynników, które wpływają na sukces.
Wiele swobody dla uczestników umożliwia dużą frajdę z jazdy; jednak bez solidnej oceny ryzyka oraz zaufania do gości może to szybko stać się testem dla nerwów przewodnika.
Bezpośrednia kontrola poprzez linę, jak w przypadku przewodnika górskiego, nie jest możliwa; przewodnik rowerowy może jedynie określić ramy. Jeśli są one zbyt wąskie, przygoda znika. Jeśli są zbyt szerokie, ryzyko staje się zbyt duże.
Trans Piemont to przygodowa trasa, która jednak nie może stać się jazdą w nieznane. Pod względem złożoności podróż nie jest porównywalna z klasyczną, często odwiedzaną Transalpą w Alpach Wschodnich. Porządne planowanie to podstawa; mimo to nigdy nie można wyeliminować wszystkich znaków zapytania.
Expect the Unexpected jest na porządku dziennym, a granica między płynnością a stresem podczas przewodnictwa jest wąska. To jednak prawdopodobnie dodaje uroku, więc co roku czeka się z niecierpliwością na możliwość przeżycia takich tras wspólnie z gośćmi ...
| Próba granic na początek |
| Żaden podjazd nie jest daremny |
| Na liguryjskim grzbiecie granicznym |
| Koniec w zasięgu |






















