Przygoda Księżycowy Krajobraz - Przegląd MTB przez Pireneje
12.04.24 08:21 8722024-04-12T08:21:00+02:00Text: Markus Emprechtinger (Przetłumaczone przez SI)Zdjęcia: Max Dräger, Markus EmprechtingerPięciu fanów MTB z różnych narodów odkrywa Pireneje na rowerze z przewodnikiem Arturo z Flat Sucks. Oprócz solidnych przewyższeń odkrywają w dolinie Benasque fantastyczne szlaki, nocują w schroniskach i cieszą się hiszpańską kulinarią.12.04.24 08:21 8732024-04-12T08:21:00+02:00Przygoda Księżycowy Krajobraz - Przegląd MTB przez Pireneje
12.04.24 08:21 8732024-04-12T08:21:00+02:00 Markus Emprechtinger (Przetłumaczone przez SI) Max Dräger, Markus EmprechtingerPięciu fanów MTB z różnych narodów odkrywa Pireneje na rowerze z przewodnikiem Arturo z Flat Sucks. Oprócz solidnych przewyższeń odkrywają w dolinie Benasque fantastyczne szlaki, nocują w schroniskach i cieszą się hiszpańską kulinarią.12.04.24 08:21 8732024-04-12T08:21:00+02:00Jedna letnia noc w sierpniu. Świerszcze jeszcze cykały, niebo nie było jeszcze całkowicie ciemne. My, zespół pięciu zapalonych rowerzystek i rowerzystów, byliśmy w drodze do Innsbrucka. W Tuluzie zgromadziliśmy naszą hiszpańską legendę przewodnika Arturo oraz filmowca i fotografa o imieniu Jens. Teraz mogliśmy ruszyć w przygodę po Pirenejach.
Pędziliśmy busem i przyczepą przez autostrady i drogi krajowe, aż w końcu dotarliśmy do Vielha w Hiszpanii. Tutaj rozpoczęła się nasza ekspedycja Explorer, kilkudniowa podróż rowerem górskim przez Pireneje, zorganizowana przez Flat Sucks i wspierana przez Endura, Simplon oraz Komoot.
Stół pełen tapas i opowieści Arturo o jego rowerowych wyprawach zakończyły nasz pierwszy dzień. Gdyby nasze już od tygodni ogromne oczekiwanie potrzebowało jeszcze jednego impulsu - tutaj, w tej całkowicie hiszpańskiej atmosferze, go otrzymało.
cojonudo
Podróż odkrywcy przez Pireneje jednym słowemPrzez ciemność
Z Vielha wyruszyliśmy następnego ranka naszym busem do Arties. Stamtąd zaczęliśmy pedałować prawie 900 metrów w górę. Przez krótkie odcinki cross-country dotarliśmy do naszego głównego punktu programu: wąska ścieżka prowadziła prosto do kamienistego tunelu.
Wyposażeni w czołówki, przejechaliśmy przez odczuwalnie kilometrowe ciemności. Potem nastąpiły płynne trasy z kilkoma możliwościami odmian prowadzących bezpośrednio do doliny. Nasz dzień zakończył się ponownie w małej wiosce w Arties, w barze z tapasami...
Nowy poranek - nowe metry wysokości
Nasz autobus walczył z przyczepą, dziewięcioma rowerzystami oraz rowerami, wiernie hasłu "Flat Sucks", na wysokość 1900 metrów. Stąd szliśmy już pieszo, rowery musieliśmy nieść.
Im dłuższy był marsz, tym bardziej odczuwalne było, jak męczące może być chodzenie. Waga rowerów wydawała się robić wgłębienia na naszych ramionach. A do tego jeszcze mozolne wspinanie się po nagromadzonych skałach i żwirze! Rzadko kiedy pragnęliśmy tak bardzo sauny czy masażu.
Ale przynajmniej: surowy krajobraz, małe jeziora i myśli o ciepłej kolacji ułatwiały 500-metrowe, ciężkie podejście do schroniska cap de Llausset.
Waga kół odcisnęła się w naszych ramionach.
Zagubiony w krajobrazach księżycowych
Słońce właśnie wzeszło. Wypełzliśmy z łóżek piętrowych, które skrzypiały, zmęczeni nocą spędzoną na dużych wysokościach i raczej złym śnie. Ale kawa i śniadanie pomogły nam dojść do siebie.
Początkowy luźny etap trasy był mylący: Po krótkim zjeździe rozpoczęła się pozornie nieskończona część noszenia rowerów. Ale zostaliśmy hojnie wynagrodzeni za to dźwiganie: Rozległe krajobrazy księżycowe, wspaniałe widoki i nieskończenie długie trasy dodały skrzydeł grupie.
Po spektakularnym, długim zjeździe przez miejscami bardzo luźny grunt dotarliśmy do Cerles. Wszyscy byliśmy spragnieni i mieliśmy ochotę na coś naprawdę orzeźwiającego. W małym kiosku posililiśmy się colą i frytkami. Nigdy zimny, gazowany napój z cukrem nie smakował lepiej niż w tym upale!
Zarezerwuj swoją wycieczkę
Explorer-Trip przyniósł owoce. Organizator podróży Flatsucks włączył wycieczkę przez Pireneje do swojego programu enduro jako wspomaganą shuttle'em trasę okólną od 2050 euro. W 2024 roku do wyboru są dwa terminy: 19.-26.5. lub 29.9.-6.10.
Od uczestników wymagane są solidne umiejętności techniczne w zakresie S2 z pojedynczymi miejscami S3, kondycja na 1000 Hm w terenie oraz praktyka w radzeniu sobie z odcinkami przenoszenia i pchania roweru.
W pakiecie zawarte jest 7 noclegów z HP w pięknych hotelach lub schroniskach górskich, kolacja w Benasque, lunch podczas tras bez możliwości jedzenia na miejscu, sześć wycieczek z certyfikowanymi przewodnikami, transfer z lotniska/na lotnisko w Tuluzie oraz zdjęcia z wycieczki. Lot do/z Tuluzie nie jest wliczony.
Więcej informacji i rezerwacja na flatsucks.at
Przewodnik rowerowy Arturo obiecał nam najlepsze trasy downhillowe w pobliżu swojego domu. A z tym znów znaleźliśmy się w samochodzie, w drodze tam.
Gdy po kilku zjazdach w końcu dotarliśmy do Benasque, przenieśliśmy nasz bagaż do apartamentu na tę noc. Tym razem przynajmniej żadne łóżka nie skrzypiały! Na kolacji znowu siedzieliśmy razem na zewnątrz do późnej nocy - tej sałatki z regionalnych pomidorów Rosa nigdy nie zapomnimy. Pełni szczęścia i zadowolenia wszyscy padliśmy na łóżka.
Wisienka na torcie
Obawialiśmy się, że następny dzień zacznie się od deszczu, ale mieliśmy szczęście. Było sucho, a chmury chroniły nas przed kolejnym dniem w skwarze.
Arturo zabrał nas na trasę enduro, którą przygotował z przyjaciółmi. Jazda tamtędy rozpieszczała nas flow, leśną ziemią, bermsami, skokami, korzeniami, kamienistymi przejazdami – wszystko, czego pragnie serce rowerzysty.
Na koniec, żeby użyć słów Arturo, przyszedł „wiśniowy” akcent: Niesamowity flow trail prowadził przez tak dziko bujną zieleń i gałęzie, że czuliśmy się jak w dżungli.
Burze i rozmowy przy kominku
Arturo miał jeszcze jeden szlak w zanadrzu - ale musieliśmy tam ponownie pojechać shuttlebusem. Po dwóch swobodnych zjazdach naszym następnym celem było Refugio de Marradetas w pobliżu Castejon.
Hostel znajduje się na wysokości około 2.000 metrów. Zaczął padać mżawka, pojawiła się mgła, a kamienny domek zapraszał swoim urokiem i otwartym kominkiem do ogrzania się. Gospodarz schroniska ugotował dla nas zupę, paellę, grillowane potrawy i przygotował fantastyczne warzywa, sałatkę i melon. Piliśmy wino i spędziliśmy wieczór na przyjemnych rozmowach pełnych historii.
Jednak tylko kilka godzin po tym, jak zasnęliśmy, obudziły nas gwałtowne błyskawice i grzmoty. Przez Pireneje przeszła silna burza. Próbowaliśmy zasnąć ponownie i mieć nadzieję, że następny poranek nie zacznie się od ulewnego deszczu.
Niewiarygodne szaleństwo
A oto i niespodzianka: na razie znów mieliśmy szczęście do pogody. Mimo nieco mniejszej ilości snu w nogach, rozpoczęliśmy z radością kolejny dzień – zwłaszcza że na początku czekał na nas krótki zjazd.
Następnie jednak przyszedł właściwy podjazd do Punta d'Armena, i musieliśmy znowu pchać rowery przez wiele metrów wysokości. Ale natura i widoki znacznie nam to ułatwiły. Hiszpańskie słowo cojonudo, oznaczające „szaleństwo” lub „niewiarygodne”, doskonale opisuje te chwile.
W końcu dotarliśmy na szlak prowadzący do jeziora Ibòn de Plan. Mijając pieszych i konie, kontynuowaliśmy drogę kamienną ścieżką do Saravillo. Po przybyciu na miejsce zrobiliśmy przerwę. Po prostu usiąść i cieszyć się.
Zaczęło lekko padać, ale i tak musieliśmy wrócić do naszego busa, aby dostać się do naszego kolejnego celu.
Po godzinie jazdy pod górę niestety nadal padało. Na krótko nastrój był przygnębiony z powodu wilgoci i zimna, ale perspektywa nadchodzącego zjazdu do Bielsa pozwoliła nam zapomnieć o naszym dołku. I rzeczywiście: czekał na nas szczególnie wartościowy szlak, który podniósł nasz poziom adrenaliny do radosnych, podekscytowanych wysokości.
Po przybyciu do Bielsa, zabrał nas autobus wahadłowy i doświadczyliśmy absolutnego kontrastu. Po noclegu w schronisku w cichych górach nastąpiła noc w hotelu w samym centrum miasta Ainsa. Prowadzeni głodem, wybraliśmy się na spacer do starego miasta. Stare kamienne ściany, wąskie uliczki, bary, restauracje. Wszystko oświetlone małymi światełkami, a wszędzie atmosfera, ludzie, życie.
Szara ziemia
Na następny dzień zaplanowano cztery swobodne trasy wokół Ainsy oraz wiele jazdy autobusem.
Bezpośrednio z hotelu zabraliśmy się na pierwszy wjazd na szlak. Czekał na nas kamienisty, ale dość szybki szlak. Mieliśmy też przejechać przez jaskinię, jednak zajęło nam trochę czasu, zanim ją znaleźliśmy. Potem znowu w górę i w dół na fantastycznych odcinkach szlaku.
Następny cel mogliśmy wyczuć niemal nosem, ponieważ nasz autobus zaparkował tuż obok chlewni.
Kolejne trasy były równie godne uwagi. Najpierw czekała na nas szara ziemia i kamienisty Rock'n Roll. Następna droga przywitała nas krótkim podjazdem. Okazała się doskonałą trasą cross-country.
Następnie zaskoczyły nas miejsca, które zna się z Enduro World Series, które na zdjęciach są tylko w połowie tak imponujące, jak w rzeczywistości. A ostatni szlak dnia zróżnicował ruiny przy jego boku i małą rzekę, którą należało przekroczyć.
Pod hasłem "powrót do korzeni" w starych murach Ainsy zjedliśmy pyszną kolację.
Czysta różnorodność
szlaki wokół AinsySzlaki, szlaki, szlaki
Dość wyczerpani z poprzedniego dnia, część grupy zaspała, więc reszta udała się w Bielsa na poszukiwanie śniadania. Tostowany chleb z dżemem i kawa musiały na razie wystarczyć.
Po wąskim podjeździe shuttlebusem i następującym odcinku noszenia rowerów, zostaliśmy zaskoczeni fantastycznym widokiem. Krajobraz był usiany fioletowymi kwiatami. Arturo powiedział nam, że są one trujące i dlatego nie powinno się ich zrywać.
Na zjeździe zostawiliśmy za sobą kamieniste szlaki. Czekał na nas szybki leśny szlak z licznymi, dobrze przejezdnymi zakrętami, który ostatecznie doprowadził nas do Embalse de Pineta. W dobrych humorach i trochę głodni, wybraliśmy małą restaurację przy zbiorniku wodnym.
Kulinaria są dla nas ważne, dlatego zdecydowanie polecamy uroczo przygotowaną restaurację Kanguro Truchero nieco na zewnątrz Bielsa. Na karcie znajdowały się burgery, curry i tradycyjne hiszpańskie dania.
Właściwy posiłek musieliśmy przełożyć na wieczór, ale przynajmniej znalazł się czas na Cortado. Mała kawa z lodem dała nam potrzebną energię do dalszej drogi przez leśną ścieżkę, zakręty i strome tereny.
Po 200 metrach wspinaczki czekał na nas finałowy szlak do Bielsa, a te ostatnie metry po kamienistej ścieżce wymagały jeszcze raz dużych umiejętności jazdy.
Ostatni przystanek: Francja
Ostatniego dnia naszej przygody udaliśmy się do Francji. Shuttlebusem pojechaliśmy w kierunku granicy, a mimo 700 metrów wysokości nadchodzących odcinków do pchania byliśmy pełni zapału, aby wykorzystać ostatni dzień na maksimum.
Obok krów mijaliśmy ponownie wiele koni i również owce. Długi zjazd w
mglistym terenie przez łąki i pola zakończył się we francuskim Aragnouet.
Po krótkim podjeździe asfaltową drogą dotarliśmy do szlaków zbudowanych przez lokalnych mieszkańców. Mieliśmy do wyboru trzy poziomy trudności: Niebieski, Czerwony i Czarny, i wypróbowaliśmy wszystkie. Od flow i skoków przez szybkość aż po strome odcinki - wszystko było w zestawie.
Klasycznie dla Francji, na zakończenie dostaliśmy quiche. W dobrych humorach, a jednak zmęczeni, zmotywowani, ale i z nutką nostalgii, opuściliśmy kraj kolarstwa naszym autobusem i udaliśmy się z powrotem do Vielha, gdzie rozpoczęliśmy naszą przygodę.
Z głową pełną wrażeń, zapachów, smaków i niezliczonych fantastycznych doświadczeń z tras, teraz z przyjemnością wspominamy nasze małe przygody podczas wyprawy eksploracyjnej w Pirenejach.
Dobrze rozbawiony, a jednak wyczerpany, zmotywowany, ale i z nostalgią
Ostateczne Wrażenia













